Taco ponownie zaskoczył, ale nie wiem kogo
Taco Hemingway wydał właśnie jedenasty już album (wliczając w to epki, "Young Hems" i Taconafide), a tuż za rogiem czai się dwunasty. Jako że Taco spiął ten album łańcuchem, to postanowiłem, że też tak się pobawię.
ŁAŃCUCH 0: Intro
Tematyka albumu opiera się głównie na obserwacjach polityczno-społecznych, czyli nihil novi u Taco, gdyż z tego właśnie zasłynął. Problem w tym, że potężna część z tego brzmi banalnie. Nie twierdzę, że takich tematów nie powinno się poruszać oczywiście, ba, Taco jest według mnie najlepszą osobą do tego. Znaczy, był przynajmniej. Łatwo o populizm i banał przy poruszaniu tematów takich jak polityka (a właściwie politycy), hipokryzja celebrytów lub chciwość księży. "Zmarnowany potencjał" to może za duże wyrażenie, ale zdecydowanie mogło być po prostu lepiej, bo Taco umie lepiej.
ŁAŃCUCH 1: O.S.T.R.
"A niby co Ostry ma do tego albumu?". Ano ma dużo. We wprowadzeniu napisałem o populizmie, a jest to rzecz, z którą łódzki raper zmaga się od lat. Chociaż może "zmaga się" nie pasuje do końca, bo sam zainteresowany nie sprawia wrażenia zmartwionego tymi oskarżeniami. Ten sam problem populizmu dotknął niestety "Jarmarku", czego najlepszym wyrazem jest koniec utworu "Panie, to wyście!", któremu zabrakło tylko stwierdzenia typu "jebać polityków złodziei". Na całe szczęście Taco to nie Ostry i nie przyjebał taką bzdurą, ale było niebezpiecznie blisko. "Polskie tango" również niebezpiecznie się o to ociera, jednak różnica między tym trackiem, a poprzednim jest taka, że singiel ten wyprodukowany przez Lanka jest po prostu bangerem. Bangerem z nie najgorzej wykorzystanym, aczkolwiek mocno oklepanym i wciąż lekko populistycznym patentem z rymowanką o Polaku małym, ale wciąż bangerem, z którego leje się złość i charyzma. "Panie, to wyście!" tego nie ma ani przez sekundę. Punchline o barwach jak Santa Claus jest dość błyskotliwy i, swoją drogą, zapadł mi w pamięć chyba najbardziej z całej tej płyty, natomiast żadna linijka z drugiego kawałka na "Jarmarku" nie była warta zapamiętania, nie licząc może tych krzyków w refrenie. "Influenza" (wspaniały tytuł) również wpadła w tarapaty przez piekielnie prosty temat - influencerzy, celebryci, hipokryzja, bla bla. To temat, który można łatwo zamknąć w zwrotce, a nawet w kilku linijkach dałoby radę, co powoduje, że numer ten jest zwyczajnie taki sobie.
Przewidywalność tych kilku kawałków jest specyficzna. Nie jest tak, że byłem pewien co dokładnie Taco nawinie zanim przesłuchałem. Jest tak, że po odsłuchu pomyślałem sobie "mogłem się spodziewać". Inną wadą liryki "Jarmarku" jest swego rodzaju niestałość. Najlepszym przykładem tego jest wspomniane już "Panie, to wyście!", które jest jechane na jednym patencie i na jeden konkretny temat, żeby potem przejść już w inny rejon w inny sposób. Dla porównania - "Fiji" z "Cafe Belgi" jest napisane podobnie, ale tam to się sprawdziło. Co tu się stało, że nie działa tak jak powinno? Ostry by wiedział, bo jemu to się zdarza wyjątkowo często. Ten sam błąd Taco popełnił w "POL Smoke", który miał potencjał na jeden z najlepszych utworów tego albumu, a wyszedł lekki klops przez drugą zwrotkę, która odjechała za bardzo w typowe dla Filipa rejony imprezowiczów z nałogami, zamiast pociągnąć mocniej temat uzależnienia od marihuany, który to przecież jest mocno rzadkim tematem dla pro-zielarskiego rapowego świata.
Kolejnym zarzutem kierowanym do O.S.T.R. jest monotonia i nuda, wynikające najprawdopodobniej z wydawania albumów regularnie co rok od dwudziestu lat. U Taco nuda zaczyna się również wkradać w kolejnym "warszawskim" storytellingu "Szczękościsk", który na luzie jest najnudniejszym numerem z tej płyty, a po samym tytule już doskonale wiedziałem do czego będzie nawiązywać. Szczerze mówiąc nawet nie pamiętałem dokładnie o czym był, aż musiałem go odsłuchać jeszcze raz, mimo kilkukrotnego odsłuchu całego albumu, a na plus zapamiętałem tylko kolejne ogniwo łańcucha tej opowieści o kilku mieszkańcach Warszawy (co przy okazji jest zdecydowanie najjaśniejszym punktem "Jarmarku"), jednak właściwie co z tego, skoro "Szczękościsk" jest zwyczajnie nieciekawy?
Jeśli chodzi o kwestię poruszania ważnych społecznie i popularnych obecnie tematów to najbardziej na front wychodzi "W.N.P.", czyli przemyślenia Taco o oglądaniu pornoli w czasach młodzieńczych. Traktuję ten numer jako pogląd na sprawę edukacji seksualnej, która budzi potężne kontrowersje, a nauka o seksie z filmów porno to tylko dowód na to, że taka edukacja jest potrzebna i cieszy mnie, że Filip opowiedział o tym nawiązując do własnych wspomnień i przeżyć, ale muszę wspomnieć mimo wszystko, że refren jest okropny. "POL Smoke" mogło być również wspomniane tutaj w pozytywny sposób, jednak już napisałem wcześniej dlaczego ostatecznie nie jest. "Dwuzłotówki dancing" jest kurewsko "meh" i dużo lepiej temat ciemnej strony księży i kościoła katolickiego w Polsce poruszył Zeus w całkiem brutalnym "Jesteśmy źli" już w 2011 roku. Porównanie może trochę na wyrost, przyznaję, bo Zeus zrobił naprawdę ciężki tekstowo kawałek, jednakże był również dużo bardziej interesujący i przebojowy, w przeciwieństwie do "Dwuzłotówek". Mimo wszystko Taco ma szczęście, że jest utalentowanym raperem i nie słucha się tego źle, ale też nie ma po prostu do czego tak często wracać.
ŁAŃCUCH II: Sokół
Sokół od lat jest wymieniany jako jeden z najlepszych storytellerów na polskiej scenie i nagrał wiele klasycznych historii takich jak nieco komiczne "W.D.C.S.D. kończy", "Chujowo wyszło" czy, prawdopodobnie najważniejszy storytelling w polskim rapie, "Każdy ponad każdym" i właśnie o tym ostatnim numerze chcę wspomnieć szczególnie, bo na takim samym patencie rozgrywa się opowieść zawarta w "Łańcuchach". Efekt motyla i wpływ ludzi na innych ludzi przez swoje czyny i wywyższanie się to główna oś obydwu tych historii i bynajmniej nie jest to żaden zarzut o kopiowanie Sokoła, a wręcz przeciwnie - doceniam ułożenie takiej rzeczy w sposób, który być może nasuwa skojarzenia z klasykiem z "Kodexu" (zakładając, że fani Taco znają ten utwór...), ale według mnie jest mimo tego oryginalnie napisana i dobrze poprowadzona przez część albumu. Bohaterami są kioskarz, kierowca i pasażerowie Ubera, pracownicy korpo itd, czyli prawdziwa śmietanka. Z jednej strony są to typowe postaci z opowieści Taco, jednak tutaj zarzut o nudę akurat już nie działa, bo jest to podane w bardziej intrygujący sposób niż choćby "Szczękościsk", co udowadnia, że Taco wciąż to potrafi.
Innym storytellingiem jest "1990s utopia", czyli opowieść o małżeństwie, które się rozlatuje z winy męża. Wspaniałym pomysłem był featuring Kasi Kowalczyk, ale o tym później. Opowieść ta, podobnie właściwie jak "Łańcuchy", nie jest szczególnie oryginalna w kwestii samej tematyki (tutaj: przemoc domowa), aczkolwiek tematyka ta nie jest poruszana na ogół w taki sposób jak tutaj, a zwykle z perspektywy obserwatora. Staram się nie wrzucać tutaj spojlerów, mimo że nie są one mega trudne do odczytania, ale i tak zostawiam to dla was do odsłuchu, bo jak wiadomo - spojlery to skurwysyństwo, a akurat te kawałki uważam za najlepsze z "Jarmarku", zatem zdecydowanie warto je sprawdzić.
ŁAŃCUCH III: Rojek, Mielon, Kacha i CatchUp
Gości jest mniej niż na zeszłorocznej "Pocztówce" i wyszło to na dobre, bo nie ma tutaj nudnego Rasa i zapychacza w postaci Kizo. Jest natomiast Artur Rojek, który z gości wypadł najsłabiej, bo zwyczajnie jest niepotrzebny i brzmi to trochę jakby dograł się w ramach rewanżu za feat Taco w "A miało być jak we śnie". Ewentualnie Taco po prostu też chciał Rojka na płycie jak PRO8L3M rok temu, ale nie wiem po co. Rozumiem, że fajnie jest nagrać sobie z, bądź co bądź, bardzo dobrym muzykiem, tekściarzem i wokalistą, ale to tutaj zwyczajnie nie pasuje i nie jest żadnym ubarwieniem, a przy okazji mam wrażenie, że wokale Rojka są jakieś za głośne. Panie Arturze - lubię Pana, ale nie tutaj. Dużo lepiej wypadła Kasia Kowalczyk, która jest fantastycznym elementem układanki w "Utopii". Jej udział był rapowany i śpiewany, co może niektórym podpowiedzieć skojarzenie z "TĘSKNIEZASTARYMKANYE" Quebo i Natalii Szroeder, gdzie partnerka Kuby miała podobną rolę wokalną i trzeba przyznać, że Taco i Kasia w mrocznym i dość depresyjnym wydaniu wypadli znacznie ciekawiej, z chemią i pomysłem (nie żeby Quebonafide i Natalia nie mieli tego pomysłu, ale "Utopia" jest lepsza). Co więcej - dużo przyjemniej mi się słucha partii Katarzyny, choć daleki jestem od stwierdzenia, że zjadła Taco (hehe), bo nie o to tutaj chodzi.
Jeśli chodzi o raperów, to mamy Mielona i CatchUpa, którzy świetnie sobie poradzili. Mielzky, mimo nudnawego tematu kawałka, jak wcześniej mówiłem, wjeeeeechał sobie na płytę Taaaco jak do sieebie (xD) i czuć było ten charakterystyczny sznyt, który zapamiętałem choćby z klasycznej gościnki na "Lavoramie". Jestem wielkim fanem tych wersów o makowcu; uwielbiam takie pozornie głupkowate linijki, które są zwyczajnie stylowe, ciekawe i dobrze połączone z resztą zwrotki (nawiązując ponownie do "Gorzkiej wody" - dokładnie tego typu wejście miał Mes z hulajnogą) i piszę to wszystko będąc dość zniechęconym do ostatnich poczynań Mielzky'ego. Krótko mówiąc: props. CatchUp z drugiej mańki równie dobrze wpasował się w najluźniejszy track tego albumu, czyli "Nie mam czasu", które mocno kojarzy się z letnimi klimatami "Pocztówki z wakacji" i jest topką "Jarmarku", mimo że pasuje do reszty jak pięść do nosa. Jako ciekawostkę podam jeszcze fakt, że "patrz trochę węziej" z "Polskiego tanga" nie jest samplem, a linijką dograną przez Łonę w nawiązaniu do jego "Patrz szerzej" z 2011, taki fun fact. Jest jeszcze jeden gość, jednak zostawię to jako miłą niespodziankę dla ludzi, którzy nie słyszeli jeszcze "Jarmarku", bo jest to ciekawy dodatek i sprawdził się jako fajna odmiana od sampli z Polskiej Kroniki Filmowej.
ŁAŃCUCH IV: Rumak, Borucci, Pejzaż, Lanek i znowu CatchUp
Co do produkcji to ciężko powiedzieć coś innego niż propsy, bo do Taco można mieć różne zarzuty zależnie od gustu, ale mimo tego do jego ucha do bitów ciężko jest się dojebać, bo jest bardzo dobre od samych początków jego kariery. Największy szacunek, oprócz Rumaka, chciałbym oddać Lankowi, bo podejrzewam, że gdyby jego bit w "Polskim tangu" nie poniósł Filipa, to ten singiel byłby dużo słabszy, a tak to jego agresywna produkcja z wykorzystaniem mocnej stopy i syntetycznych gitar nadaje odpowiednie tło do wkurwionego Taco. Dwa bity dorzucił Pejzaż i wyszło to całkiem kontrastowo, bo wyprodukował on "Panie, to wyście!" i "1990s utopię", które uważam kolejno za najgorszy i najlepszy utwór. Pierwszy kawałek ma podkład bardzo spokojny i stonowany, można by powiedzieć idealny dla Taco, ale wyszło jak wyszło. Bit dobry, aczkolwiek trochę mi się przejada ten leciutki afrotrap-dancehall-cokolwiek, którego jest ostatnio sporo. Dużo lepiej wypadł bit do "Utopii". Gitara kojarząca mi się ze starym polskim rockiem byłaby łatwa do wyprodukowania generycznego Lil Peep sad guitar type beat, a udało się tego uniknąć. Nie wiem jakim cudem, ale to zażarło i ja to szanuję.
Dwa bity wyprodukował również Borucci. O ile "Influenza" jest super z ciekawymi, nieco ambientowymi wpływami i na luzie jest to top 3 bitów na tym albumie, tak "POL Smoke" zwyczajnie mnie nieco irytuje, bo brzmi jak coś co ma być drillowe, ale trochę się wstydzi. To nie jest zły bit, ale jest niewykorzystany, a i flow Taco jest tu mocno średnie, zbyt bezpieczne, a podejrzewam, że umiałby to zrobić dużo fajniej, choć mimo tego leci tutaj plusik, bo ten track jednak siedzi mi w głowie. CatchUp trzasnął tylko jeden bit, do "W.N.P.". Linia melodyczna zajeżdżająca lekko muzyką 8-bitową brzmi delikatnie i ładnie komponuje się z całkiem potężnymi bębnami. Kolejny powód, że na CatchUpa trzeba mieć oko, ale jak nie macie to spokojnie - sam poznałem go dopiero przy okazji Hot16, nadrobicie.
Ostatnie słowo jednak należy tradycyjnie do Rumaka, wieloletniego flagowego bitmejkera Filipa, który nie zwalnia tempa i regularnie z każdym albumem pokazuje swoje coraz to ciekawsze oblicze. Wręcz niebywałe jest to jak od prostych samplowanych bitów z "Trójkąta" Rumak gładko przeszedł w bardziej zaawansowane produkcje, a najlepszym przykładem z "Jarmarku" niech będzie trylogia "Łańcuchów". Nie ma co tu dużo gadać, choć i tak sporo napisałem - bity to największy plus tego albumu i do nich na płytach Taco nie ma co się czepiać jak już powiedziałem to wcześniej.
ŁAŃCUCH V: Outro
No cóż, Taco... mogło być znacznie lepiej. Pozostaje mi trzymać kciuki za "Europę", która mam nadzieję, że będzie lepszą płytą. Trzymam także kciuki, żeby Taco nie zachorował na syndrom Ostrego, bo pierwsze objawy już zaczynają być nieco niepokojące. Rok lub dwa lata przerwy to naprawdę byłby odświeżający i dobry pomysł, bo 12 projektów w 7 lat to zdecydowanie sporo i oby ten dwunasty był ciekawszy. Mniej gadania o Polsce, więcej storytellingów i luźniejszych pioseneczek i będzie git.
6/10
NAJLEPSZE KAWAŁKI:
1990S UTOPIA feat. KASIA KOWALCZYK
ŁAŃCUCH I, II i III
NIE MAM CZASU feat. CATCHUP
POLSKIE TANGO
NAJGORSZE KAWAŁKI:
PANIE, TO WYŚCIE!
DWUZŁOTÓWKI DANCING
SZCZĘKOŚCISK